VII Półmaraton Ciechocinek


Półmaraton półmaraton.... Do tej pory biegłem go trzykrotnie. Wszystkie trzy półmaratony po górzystych terenach, pierwszy biegłem na zwycięstwo, za to kolejne dwa na czas- 1:20:02 i 1:20:06. Jak widać po czasach były to półmaratony dla mnie nieudane. W obydwu występach chciałem pobiec przynajmniej 1:19:59.. Tym razem miałem stanąć na linii startu Półmaratonu w Ciechocinku. Kilkanaście dni przed biegiem dowiadywałem się o biegu, a to że trasa zła, że atestu nie ma, że to nie trasa na życiówki itp.. Miałem do tego stopnia dość różnego rodzaju komentarzy innych, że postanowiłem po prostu się od tego odciąć. Nawet wpis z biegu Obrońców Płocka postanowiłem opublikować na stronie dopiero dzisiaj, a na fan-page’u nie udostępniać go wcześniej w ogóle. Nie chciałem szumu, zamętu, ale skupienia na najważniejszym dla siebie celu. Może to śmiesznie brzmi, ale tak właśnie mam, w tych kluczowych momentach potrzebuję maksymalnej koncentracji, wyciszenia się i realizacji tego co mam do wykonania. Cały bieg, i jego koncepcję, jak zawsze miałem ułożoną w głowie już kilka dni przed startem. Na cztery dni przed biegiem wykonałem bieg ciągły, po którym nie podniosłem swoich morali. Co prawda, średnia biegu 3'55"/km była bardzo dobra, tętno wręcz aż za niskie, jednak nogi jeszcze nie były w 100% gotowe na taki długi wysiłek, jakim jest półmaraton.


Tak, wcześniej chciałem zrezygnować z tego startu, Ania dość intensywnie mnie namawiała do przepisania się na 10 km i chciałem tak zrobić, jednak nie było już miejsc i klamka zapadła. Od tamtej pory powtarzałem głównie sobie, ale również jej tylko jedno zdanie: "Jestem gotowy na półmaraton. Udowodnię Ci to w niedzielę, bo sobie nie muszę tego udowadniać. Ja to wiem". Szczerze mówiąc, wiara bardzo mi pomogła podczas tego biegu. Przeanalizowałem swoje 2 poprzednie starty w półmaratonie. Ciężko było wysnuć jednoznaczne wnioski. Z jednej strony od razu rzucał się w oczy fakt, że w obydwu przypadkach miałem za wolny początek, później przyśpieszenie w połowie dystansu i pogoń za złamaniem bariery czasowej, w efekcie czego na kilku końcowych kilometrach odcinało mnie i na mecie można było oglądać miedzy innymi takie obrazki.


spokojnie, żyję (Półmaraton Dwóch Mostów- Płock 2016r)

Tym razem miało być inaczej. Taktyka na bieg? Hmm.. długo o niej myślałem, a jak się okazało wybrałem dość oczywisty wariant. Początek biegu chciałem pobiec zachowawczo jednocześnie nie zaczynać tak jak w Płocku czyli 3'50"/km. W tym wpisie będzie trochę cyferek, bo o ile nie jestem zwolennikiem biegania ciągle na cyferki, tak w najważniejszym dla siebie biegu uważałem to za nieuniknione. Idealnym tempem jakie sobie założyłem przed startem miało być 3'42'-3'45"/km. Tak miałem biec 3 kilometry i jeśli organizm będzie dobrze pracował podczas biegu to podkręcam tempo do 3'40"/km. Wiedziałem, że na 10-tym kilometrze nie mogę być zmęczony, bo wtedy po prostu wyczerpię prąd i znów będę walczył o przetrwanie do mety. Miałem w planach zastosowanie metody negative split, ale czy mi się tak udało? o tym przeczytasz niżej.

Jest ranek, 26 sierpnia godzina 6:00, pobudka, pora wstawać. Standardowo zrobiłem sobie na śniadanie swoje niezawodne tosty z serem i kiełbasą. Spakowałem się i byłem przygotowany na pogodę od +35 stopni do -15. Na bieg udałem się z Anią i znajomymi z Sierpca. Atmosfera była bardzo luźna, oj bardzo i to chyba udzieliło się każdemu z naszej biegowej trójki, gdyż każdy tego dnia pobiegł wyśmienicie. Na miejsce dotarliśmy 2 godziny przed planowanym startem. Nie lubię przyjeżdżać na zawody na ostatnią chwilę. Według mnie to głupie podejście jakby kogoś te parę minut wcześniej miało zbawić, dlatego w 95% na zawody jeżdżę swoim samochodem jednocześnie kierując. Odebraliśmy pakiety, przygotowałem strój startowy, chip do buta, ostatni łyk wody przed rozgrzewką i czas zacząć spełniać swoje osobiste cele, marzenia.

Trucht wykonałem razem z Patrykiem Kwasiborskim. Wyszło nam coś koło 2,5 kilometra w tempie o ile dobrze pamiętam 5'20/km. Był to spokojny bieg, ale przecież rozgrzewka to nie wyścig :)

fot- Ania Żuchowska

Tuż przed startem podszedł do mnie trener, który powiedział żebym nie zaczynał za mocno, ale ja odpowiedziałem krótko, że cały plan mam już zakodowany w głowie. Parę minut przed startem jeszcze usłyszałem pytanie od kolegi Michała " Słyszałem że biegasz NieNaŻarty?" na co ja krótko odpowiedziałem "Tak, dzisiaj biegam na serio". Byłem mocno skoncentrowany na sobie, przed ważnym startem nie wdaje się w długie pogawędki, lubię tą swoją samotność i koncentrację.

Nastąpił długo wyczekiwany start. Na ten bieg czekałem dobre 3 miesiące. Wiedziałem, że początek jest kluczowy, jeśli zacznę za wolno to później będę musiał "gonić wynik", z kolei jeśli za szybko to równie szybko może pojawić się problem mięśniowy. Zaufałem swojemu organizmowi i na zegarek zerknąłem dopiero gdy minąłem pierwszy kilometr biegu, 3'42" to czas, który satysfakcjonował mnie w 200%. Drugi kilometr 3'46 i wtedy rywale zaczęli mnie wyprzedzać. Trzeci kilometr pobiegłem w 3'40" i biegłem wraz z kolegą z Torunia.


Nie było nudy od samego początku, dość szybko po starcie zacząłem wyprzedzać innych biegaczy, którzy startowali w tym samym czasie na 10 km. Swój start mieli o kilkaset metrów dalej. Nie było jednak bardzo mocnego tłoku i mogłem w miarę równo biec nie wytracając tempa.


Pierwsze 5 km pobiegłem w 18'29" co daje średnią 3'42"/km. Byłem zadowolony z tej średniej, mięśniowo czułem się rewelacyjnie, oddechowo jeszcze lepiej pozostało biec dalej i trzymać się określonych założeń. Mniej więcej między piątym a szóstym kilometrem biegłem już sam, wyprzedził mnie rywal z Bydgoskich Okoni, a i kolega z Torunia zaczął się oddalać. Przez ułamek sekundy miałem zawahanie, biec swoje czy przyśpieszyć i wspólnie kontynuować bieg. Podjąłem decyzję, że robię swoje, nie potrzebuję kogoś z kim będę biegł ramie w ramię gdyż na tych ciężkich treningach sam sobie wyznaczam granice i sam dla siebie jestem rywalem. Wiedziałem, że na półmetku nie mogę być zmęczony, drugą piątkę przebiegłem w 18'31" co daje łączny czas na 10 km 37 minut!! Jest bardzo dobrze, idealnie. W Płocku tydzień wcześniej 10 km pokonałem ze średnią prędkością 3'40"/km, a tutaj przebiegłem ten sam dystans średnim tempem 3'42"/km i nie czuję żadnego zmęczenia. Przyznam, że bardzo chciałem podkręcić tempo i dogonić swoich 3 rywali, którzy biegli maksymalnie 38 sekund przede mną. Tak, wszystko miałem pod kontrolą, sprawdzałem jak daleko są rywale, czy przewaga ich wzrasta czy maleje. Miałem ten komfort, że rywale byli dla mnie idealnym wyznacznikiem równego tempa


Kilkaset metrów po minięciu 10-ciu kilometrów chciałem zacząć przyśpieszać, jednak obserwując przewagę rywali która malała postanowiłem jeszcze trochę poczekać. Około 12 kilometra doszedłem kolegę z Torunia, przed sobą miałem rywala z Bydgoskich Okoni i Mariusza Wojdyło, którego znam i osobiście bardzo podziwiam.

Nie pamiętam kolejności, który z tych chłopaków biegł bezpośrednio przede mną, a który troszkę dalej. Pamiętam natomiast, że ten piętnasty kilometr przyśpieszyłem delikatnie i biegłem już jako pierwszy z tej grupki, a międzyczas pokazał 3'33''/km natomiast całe kolejne 5 kilometrów 18'17".

Do mety pozostało już tylko albo aż 6 kilometrów. Przed sobą nie widziałem nikogo, tak jakbym prowadził cały bieg. Zostały długie proste, które tak jak na pierwszym okrążeniu najpierw będą z wiatrem, następnie dwa razy skręt w lewo, podbieg i długa prosta w kierunku mety pod wiatr. Zmęczenie w nogach było już odczuwalne, ale to przecież normalne. Nie oglądałem się za siebie, starałem się mobilizować do jeszcze szybszego biegu powtarzając sobie, że rywale nie odpuszczają i trzymają się niedaleko mnie. Zostały już tylko 3 kilometry do mety.

Już od kilku kilometrów wiedziałem, że wynik jaki sobie obrałem za cel w marcu czyli 1:17:59 zostanie osiągnięty choćby skały srały. Jednak w tym danym momencie, dokładnie w połowie osiemnastego kilometra zdałem sobie sprawę, że teraz muszę jeszcze bardzo mocno popracować gdyż prosta z wiatrem się kończy, za chwilę będzie skręt lewo, następnie znowu skręt w lewo i ta stroma choć nie długa górka. Wyczekiwałem jej, chciałem ją już mieć za sobą. Tuż przed skrętem na górkę zegarek pokazał, że przebiegłem 20 km!! Czwarta piątka wyszła mi w 18'11 co daje 3'38"/km a drugie 10 kilometrów pobiegłem w 36'28"!!!

Jest pięknie, został ostatni kilometr, Pod górkę chciałem pobiec ile sił w nogach, oddechowo wciąż czułem się dobrze, praktycznie zero zmęczenia, naprawdę, ale mięśniowo już cierpiałem niesamowicie. Po podbiegu dałem sobie chwilę na złapanie tlenu w nogi i pognałem pod wiatr do mety. Biegnę ile sił w nogach, zegarek pokazuje, że biegnę w granicach 3'35"/km, i słyszę jak jedna z dwóch starszych Pań mówi do mnie "skąd jesteś?" Oczywiście nie miałem zamiaru odpowiadać, a gdy je minąłem usłyszałem tekst "ale cham nawet nie odpowie" no cóż, nie każdy rozumie, jaki to wysiłek biec ponad 73 minuty na wysokich obrotach w dodatku na pewno z niemałym grymasem na twarzy. Oddechowo wciąż czułem się nad wyraz dobrze , ale mięśniowo zbliżałem się do kresu swoich możliwości. Ostatnie 2-3 kilometry starałem się jak najgłębiej oddychać, aby jak najbardziej dotlenić mięśnie.

Wypatruje tego skrętu w lewo do mety, wiem, że od tego momentu dzieli mnie 150, może 250 metrów do końca biegu. Zerkam na zegarek, aby zobaczyć dystans jaki przebiegłem. Zamiast tego zauważyłem czas jaki widnieje na zegarku, 1:16:02!! Widzę już ten skręt w lewo, to może być nawet poniżej 1:17!!! Resztkami sił przyśpieszam, a może tak tylko mi się wydaje że przyśpieszam? W myślach od razu dwa poprzednie półmaratony i wyniki 1:20:06 oraz 1:20:02. Tym razem jednak jestem przekonany, że mi się uda. Skręcam w lewo, biegnę prosto, jak najbliżej lewej strony, aby nie nadrabiać dystansu, wbiegam na brukowy odcinek prowadzący wprost do upragnionej mety!! Nogi jak z waty, obawiam się, że się przewrócę z tej niemocy. Słyszę i widzę jak Artur Kamiński krzyczy mi "dawaj Czarek będzie poniżej 1:17!!", ale Czarek już szybciej nie może.. widzę te uciekające pierdzielone sekundy, a ja mam tak daleko jeszcze do kreski.

Wreszcie wbiegłem na metę, Spiker mówi przez mikrofon, że udało się pobiec poniżej 1:17 ale ja nie wierzę, wolałem poczekać na oficjalne wyniki. Wbiegając na metę wykonałem jeszcze swój standardowy gest na biegach gdzie walczę o każdą sekundę, czyli gest do osób które stoją pół metra za linią mety by wręczyć medal o to aby się odsunęły. Na takich biegach swoją prędkość wytracam mniej więcej 10-15 metrów za linią oznaczającą koniec zmagań. Wręczają mi medal, jestem zadowolony, ale jednocześnie zły. Zły? Tak zły.. Bo jeżeli chodzi o oddech wiem, że mógłbym pobiec dużo dużo szybciej na dystansie, jednak te długie kopyta nie chcą współgrać z wydolnością, z którą to przecież od samych narodzin mam pod górkę.

Widzę Anię, która zmierza w moją stronę!! "Mówiłem, że to zrobię!!!" pada z moich ust w jej kierunku jednocześnie mam łzy szczęścia w oczach. Nie ważne czy pobiegłem 1:16:59 czy 1:17:02.. to nie istotne.. cieszę się, że osiągnąłem swój cel!! Bo przecież plan minimum to życiówka czyli 1:19:59, natomiast plan najbardziej optymistyczny to 1:17:59. Udało się pobiec o minutę szybciej!! Są oficjalne wyniki, 1:16:59:86 jest moim nowym rekordem życiowym na dystansie półmaratonu.


Wynik ten dał mi 5 miejsce OPEN i 1 miejsce w kategorii wiekowej 20-29 lat. Po biegu miło spędzaliśmy czas ze znajomymi, którzy z nami przyjechali, Nastroje były bardzo radosne, czasami nawet aż za bardzo i dzień jak najbardziej trzeba zaliczyć do udanych.

A zmęczenie? Nie licząc czworogłowych, nie odczuwałem absolutnie nic. Emocje wzięły górę nad wszystkim. Zmęczenie naszło mnie dopiero wieczorem, a ból sprawił, że noc miałem prawie nieprzespaną. Wierciłem się z boku na bok i nie mogłem zasnąć. Następnego dnia miałem takie zakwasy jak stąd do Warszawy, jednak dziś czuję się już rewelacyjnie. Wczoraj rozbiegałem ten półmaraton i dzisiaj wracam do pracy nad sobą.

Dziękuję wszystkim za doping na trasie i zaciśnięte kciuki. Dziękuję fotografom za zdjęcia, ale przede wszystkim dziękuje swojej Ani, ona już wie za co :) Teraz przede mną dużo pracy i 8 września zmierzę się z dystansem 10 kilometrów!!

Na koniec chciałbym napisać kilka słów na trochę inny temat. W sieci, na forach, na blogach jest mnóstwo tekstów, opisów, wpisów motywujących i zachęcających do biegania, do różnego rodzaju aktywności. I to jest piękne, fajne, potrzebne. Jednak gdy widzę mniej więcej taki schemat:

-Biegam 4 razy w tygodniu, chciałbym poprawić swoją życiówkę na dyszkę obecnie wynosi ona 44 minuty to co mam zrobić? Jak biegać?

A w odpowiedzi "eksperta" który jest trenerem personalnym, bo przecież teraz można zrobić taki kurs nawet online czytam mniej więcej coś takiego"

- Zapraszam do współpracy, w pół roku zejdziesz na poziom 39 minut, musisz po prostu więcej biegać, do tego wykonywać akcenty 3 razy w tygodniu crossy.

Do czego zmierzam... Bieganie stało się popularne to wiadomo nie od dziś ani nie od wczoraj. Wiele osób pragnie poprawiać się jeśli chodzi o życiówki, stawia sobie swoje osobiste cele, jednak nie ma, powtarzam nie ma złotej recepty, która będzie uniwersalna na poprawę wyników. Nie ma czegoś takiego, że ktoś przez internet nie znając tej drugiej osoby, nie wiedząc jakie treningi biega, jaką prędkością, ile kilometrów, jaki jest ogólny zarys dnia tzn czy pracuje, jeśli tak to czy fizycznie, ile godzin dziennie, czy ma dzieci, jak się odżywia, ( i mógłbym takich czynników wymieniać do jutra) ustali plan po którym niby dana osoba osiągnie swój cel. To wszystko oczywiście za opłatą.

Jeśli chcesz się poprawić to potrzeba treningu i czasu. Nie "szamana" który powie Ci, że pobiegniesz tyle i tyle jeśli będziesz wykonywać taki i taki trening. Bieganie jest modne, ale to co ja osobiście zawsze powtarzam, to Ty musisz racjonalnie myśleć, chcieć się doskonalić. W sieci jest bardzo wiele mądrych informacji, ale jeszcze więcej bzdur, a im bardziej posiłkujesz się internetem, czytasz, podpytujesz innych tym masz większy zasób wiedzy i potrafisz racjonalnie oddzielić bzdury od prawdy. Takie właśnie jest bieganie, potrzeba cierpliwości, pokory, czasu i dopóki nie nauczysz się przegrywać, ciężko pracować nad sobą i swoimi słabościami to nic nie osiągniesz, bo skończysz przy pierwszym trochę większym kryzysie.


Takie to moje mądrości na koniec. Jeśli doczytałeś/aś do tego momentu to spójrz, jak wiele radości może przynieść Ci praca nad samym sobą. To co ja opisałem odnośnie biegu to tak naprawdę skrót, mógłbym napisać dużo więcej i być bardziej szczegółowym, ale wtedy to już absolutnie nikt by tego nie przeczytał. Zastanów się więc nad swoim życiem, czy chcesz żyć czy tylko istnieć. Spójrz ile radości sprawia mi bieganie, jak wiele mnie nauczyło nie tylko jeśli chodzi o sport, ale również w codziennym życiu, czas i tak upłynie więc przemyśl czy nie warto zainwestować w samego siebie!!

z jednym z najlepszych biegaczy w Polsce Błażejem Brzezińskim

Ze sportowymi pozdrowieniami

Czarek

#półmaraton #życiówka #półmaratonciechocinek #bieganie #czarekmysera #czarekmsr #biegamnienażarty #ciechocinek

Wyróżnione posty
Ostatnie posty
Archiwum
Wyszukaj wg tagów
Nie ma jeszcze tagów.
Podążaj za nami
  • Facebook Basic Square

@2018 Projektantem strony jest Cezary Mysera

Wszelkie kopiowanie bez zgody autora zabronione

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now